|
Blog > Komentarze do wpisu
Milena Wójtowicz - Załatwiaczka
Wystarczy tylko znaleźć Małgosię o włosach w kolorze oberżyny i wypowiedzieć formułkę "Załatw mi ..." Małgosia Brzeska, zdolna studentka, trafia na stypendium do angielskiego Exeter. Tam, zupełnie przypadkiem, pomaga starszuce. Ta, w dowód wdzięczności, zapisuje dziewczynie spadek. Swoją posiadłość. Jest jednak pewien warunek - Małgosia musi podpisać dziesięcioletni kontrakt z Korporacją - bytem bliżej nie określonym, ale wszechwładnym. Umowa dotyczy wykonywania dość specyficznego zawodu nazywającego się - załatwiaczka. Praca polega na realizacji zleceń od osób, które wypowiedzą formułkę "Załatw mi ....". Osoba parająca się "załatwianiem" nie ma prawa odmowy zleceniodawcy. W przypadku nie wykonania zlecenia Korporacja przeprowadza audyt, a "poszkodowanemu" wypłaca ogromne odszkodowanie. Świat, w którym dzieje się owa opowieść nie jest oczywiście zwyczajną, prostą rzeczywistością. Są w niej magowie, wampiry, półtrolle, wróżki, czytacze marzeń, ludzie potrafiący przemieszczać się w czasie... Wszystko by było pięknie, gdyby nie szereg zarzutów, które można skierować pod adresem dzieła Wójtowicz. Po pierwsze jest to dość chaotycznie ze sobą połączony zbiór opowiadań - historyjek o załatwiaczce. Niby się ze sobą łączą, pewne wątki się uzupełniają, ale... Zupełnie nie rozumiem czemu mają służyć liczne powtórzenia. Praktycznie w każdym rozdziale - opowieści można przeczytać ten sam opis wyglądu Małgorzaty Brzeskiej (ogrodniczki, wypchane kieszenie, włosy w kolorze oberżyny, notes z telefonami i kontaktami opięty dwoma gumkami), charakterystykę czarodzieja Bena Watsona, który jest jednym z najmłodszych czarodziejów, i który należy do niezliczonej ilości organizacji lokalnych, i któremu bardzo zależy na dobru społeczności, w której żyje. Nietrudno wpaść w irytację kiedy co kilkanaście stron pojawiają się te same problemy załatwiaczki - trudność pogodzenia pracy z życiem osobistym, łykanie leków uspokajających i pomagających nie spać (w pewnym momencie zacząłem zastanawiać się czy bohaterka nie jest lekomanką). Za każdym razem autorka opisuje te cechy bardzo podobnie, nie wnosząc do historii zupełnie nic nowego. Ale to nic... Największym minusem książki jest sama realizacja pomysłu jaki miała autorka. Czytając o kolejnych zleceniach do "załatwienia" odnieść można wrażenie, że tak naprawdę ta praca nie wymaga zbyt wielkiego wysiłku. Wszystko się da zrobić - wszystko się da "załatwić". Wystarczy kilka telefonów, a każde działanie, bez znaczenia czy legalne czy nie, będzie wykonane. Nie ma rzeczy niemożliwych. Równie dobrze możnaby znaleźć załatwiaczkę i powiedzieć "Załatw mi, żeby jutro był koniec świata" i pewnie tak by się stało. Małgosia wykonałaby parę telefonów i Korporacja, albo jakaś inna firma przysłałaby odpowiedni sprzęt, substancje, proszki albo innego rodzaju gadżety, które pozwoliłyby zrealizować zamówienie. Niestety. Milena Wójtowicz miała fajny pomysł, ale poległa przy jego realizacji. Brakuje w jej opowieści napięcia, brakuje dramatyzmu. Załatwiaczka powinna bardziej się "męczyć", wkładać w to wszystko więcej wysiłku. Mieć więcej dylematów, problemów... Nie czytałem innych książej tej autorki. Podobno zacząłem od jednej z najsłabszych. To chyba dobrze, bo w sumie trzeba powiedziec, że Wójtówicz ma całkiem niezły warsztat pisarski, lekkie pióro i mimo wszystko nieźle się to czyta. Może więc jeszcze się do niej przekonam? wtorek, 30 października 2007, n0kt0w1z0r
|